Masz konto w Ekstra Magazynie?

Zaloguj się

Z tej opcji korzystają Czytelnicy, którzy dostali kod dostępu do Ekstra Magazynu.

Ekstra Magazyn

Masz konto w Piano?

Zaloguj się do Piano

Z tej opcji korzystają Czytelnicy, którzy samodzielnie kupili abonament.

Lwów w kleszczach dyktatorów: odwaga i strach

Lwów w kleszczach dyktatorów: odwaga i strach

W roku 1939, a nawet później, wiedza o zbrodniczym reżimie stalinowskim nie była powszechna - mówi profesor Ola Hnatiuk, autorka książki „Odwaga i strach”. Rozmawia z nią Ireneusz Dańko.

„Odwaga i strach” to tytuł Pani nowej książki o losach lwowskiej inteligencji, która najpierw znalazła się pod sowiecką okupacją, a następnie pod hitlerowską. Podejrzewam, że dla wielu trafniejszy byłby „Zdrada i kolaboracja”.
To mylny trop. Bardzo bym nie chciała, by tak odczytywano tę książkę. Chyba też nie daję po temu powodów. Pisałam o postawach w obliczu skrajnego zagrożenia, a nie o kolaboracji. „Odwaga i strach” to opowieść o splecionych ze sobą losach inteligencji polskiej, żydowskiej i ukraińskiej podczas II wojny światowej. To historie osób w opresji totalitarnej, nie rodzimej, lecz zewnętrznej. Staram się zrozumieć motywy działania, a nie oceniać.

Unika Pani ostrych sądów nawet wobec tych, którzy wysługiwali się władzom sowieckim. Sam prof. Hugo Steinhaus, wybitny matematyk, nie wahał się w swoich wspomnieniach oskarżać o kolaborację niektóre znane sobie osoby.
Świadomie nie nazywam ani zdradą, ani kolaboracją nawet najbardziej skrajnych postaw, jak choćby Wandy Wasilewskiej. Nie to jest przedmiotem mojej książki. Jeśli chodzi o wspomnienia Hugona Steinhausa, to z całą pewnością nie jest dlań najważniejszy wątek. W jednym z podrozdziałów mojej książki analizuję spojrzenie Steinhausa na problem współpracy. Okazuje się, że i on ulega skłonności do surowego oceniania innych. Im dalsi są autorowi, tym mocniejszych słów używa. I przeciwnie, im bliżsi, tym chętniej im wybacza.

Ma Pani na myśli prof. Stefana Banacha, najbliższego współpracownika Steinhausa i jego zięcia - krytyka literackiego Jana Kotta?
Na przykład. Gdyby jednak ktoś chciał nazwać Banacha kolaborantem, powinien mocno zastanowić się nad takim stwierdzeniem. Dziwi mnie w naszej kulturze, tak głęboko chrześcijańskiej, łatwość rzucania oskarżeń pod cudzym adresem. Wierzę, że powinniśmy się kierować wezwaniem Ewangelii „nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni; nie potępiajcie, abyście nie byli potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone”.

Wkrótce po zajęciu Lwowa przez Armię Czerwoną pismo „Wilna Ukraina” opublikowało relację z zebrania pracowników Uniwersytetu Jana Kazimierza i ich list hołdowniczy do Stalina. Podobne deklaracje przyjmowały także inne środowiska - pisarze, lekarze, kompozytorzy. Wielu później zaprzeczało, aby się pod czymś takim podpisali. A jak naprawdę intelektualna elita Lwowa przyjęła sowiecką okupację?
Reakcja profesury na pierwsze wystąpienie Ołeksandra Korniejczuka w imieniu nowej władzy była raczej ciepła, o czym pisze i Steinhaus, i Karolina Lanckorońska. Sami zresztą uznali za naturalną decyzję o pozostaniu na uniwersytecie. Można (ale czy trzeba?) to wyjaśniać konformizmem i strachem. Ale trzeba też pamiętać, że Sowieci od początku dają do zrozumienia, że właściwie niewiele się zmieni - uczelnia będzie dalej istnieć, nie będzie żadnych represji. Dziś wiemy, że można to było między bajki włożyć. Pierwsze deklaracje wysłanników nowej władzy były jednak dla wielu uspokajające. Ludzie wierzyli lub chcieli wierzyć, że mogą wciąż normalnie pracować.

O ile, oczywiście, zaakceptują nową władzę i spełnią wszystkie wymagane rytuały.
Tak. Pamiętajmy jednak, że jesteśmy wtedy po zaledwie 20 latach niepodległej Rzeczypospolitej, większość lwowskiej elity pamiętała władzę austriacką, a na początku I wojny światowej także rosyjską. Austriacką wspominali nie tak źle, o rosyjskiej okupacji Lwowa bohaterowie tej książki prawie nie pisali. Na początku II wojny światowej wśród lwowian przeważa opinia, że to nie ci sami bolszewicy, co w 1920 roku.

Nie wiedzieli, jak funkcjonuje Związek Radziecki, że to państwo totalitarne, które tłamsi wolność i masowo morduje swoich i obcych?
Do dziś, nawet w Polsce, której przypisuje się rusofobię, Związek Sowiecki nie jest traktowany tak jednoznacznie negatywnie. W roku 1939, a nawet później, wiedza o zbrodniczym reżimie stalinowskim nie była powszechna, wręcz przeciwnie. Na początku wojny ani premierowi Sikorskiemu, ani generałowi Andersowi, ani nawet tym, którzy otarli się o śmierć w Katyniu, aż do kwietnia 1943 roku nie przyszło na myśl, że Stalin i członkowie Biura Politycznego wydali rozkaz rozstrzelania oficerów i urzędników Rzeczypospolitej. Co do zwykłych obywateli, a nawet inteligencji, to naturalnym ludzkim pragnieniem jest wiara w to, że jakoś da się przeżyć, dostosować do nowej sytuacji. Jakie zresztą mieli inne wyjście? Przecież nie mogli opuścić kraju, w odróżnieniu od rządu. 17 września najwyższe władze Polski, na wieść o wkroczeniu Armii Czerwonej, opuściły kraj, a naczelny wódz, marszałek Rydz-Śmigły wydał rozkaz, by z bolszewikami nie walczyć. Poza tym na przełomie 1939 i 1940 roku na terenach Rzeczypospolitej zajętych przez III Rzeszę nasilał się terror wobec polskiej inteligencji i Żydów, a informacje docierały wraz z uciekinierami. Lwów, nie tylko dla polskich Żydów, wydawał się dobrym miejscem na przeczekanie wojny. Nieliczni inteligencji , jak np. pisarz Jalu Kurek, decydowali się na przejście do Generalnej Guberni.

Coś by to zmieniło w postawach lwowskiej inteligencji, gdyby Rydz-Śmigły nie opuścił kraju i wezwał do walki z Sowietami?
Tego wiedzieć nie możemy. Wiemy tylko tyle, że rząd opuścił kraj i że naczelny dowódca wydał taki rozkaz. Nie do wszystkich ten rozkaz dotarł. Obywatele mieli prawo się czuć zdradzeni, zostawieni na pastwę okupanta przez przywódców. Wyraźnie o tym pisze w swoich wspomnieniach choćby Hugo Steinhaus.

Ten wybitny matematyk wspomina również radość lwowskich Żydów z nadejścia sowieckiej władzy. „Nie było takiej bzdury i takiego kłamstwa, na które by nie dała się nabrać ta część młodzieży żydowskiej, która uważała, że jej marzenia się spełniły” - pisał prof. Steinhaus, sam wywodzący się z rodziny polskich Żydów.
Tak pisze Steinhaus, nie ma powodu, by podawać w wątpliwość jego słowa. Rzecz jednak w proporcjach. Radość niewielkiej części żydowskiej czy ukraińskiej mniejszości dziś przypisywana jest całym tym społecznościom. Przekonanie, że wkroczeniu Armii Czerwonej towarzyszyła powszechna radość ludności żydowskiej i ukraińskiej bierze się z propagandy sowieckiej, która tak przedstawiała instalowanie nowej władzy na wschodnich terenach Polski.

Wielu Polaków także tak to zapamiętało.
Wspomnienia z reguły spisano później. W mojej książce pierwszeństwo daję tym świadectwom, które są chronologicznie najbliższe opisywanym wydarzeniom. Steinhaus wyraźnie pisze o części młodzieży żydowskiej, będącej pod wpływem komunizmu, bynajmniej nie o całej społeczności. Pamiętniki dostosowują się do dominującej narracji. Po roku 1940 weszła już głęboko w świadomość sowiecka propaganda, która włącznie z filmem „Oswobożdienie” (Wyzwolenie) przedstawiała entuzjastyczne przyjęcie nowej władzy przez Żydów i Ukraińców. Rzeczywistość mocno się różniła od propagandy. Wystarczy przeczytać „Dzienniki” Ołeksandra Dowżenki, ukraińskiego reżysera wspomnianego filmu, które ukazują, że wcale nie było tak radośnie wśród miejscowej ludności.

Wielu Ukraińców dostrzegało pozytywną z ich punktu widzenia zmianę władzy. Nie tylko wprowadzono język ukraiński na uniwersytecie, ale także obejmowali oni stanowiska, które przed wrześniem 1939 roku były w rękach Polaków, jak choćby rektora uniwersytetu we Lwowie.
Byłabym dużo bardziej ostrożna i nie używałabym wielkich kwantyfikatorów. Po pierwsze, słowo „wielu” jest bardzo mylące. Istotnie, jakaś część ukraińskiej inteligencji uwierzyła sowieckiej władzy, ale część dała nogę ze Lwowa już we wrześniu 1939 roku. Podział szedł nieraz w poprzek rodziny, jak w przypadku braci Rudnyckich, gdzie jeden - Mychajło, pisarz i krytyk odgrywał ważną rolę w oficjalnym życiu literackim sowieckiego Lwowa, a drugi Iwan (były żołnierz armii petlurowskiej) musiał uciekać do Krakowa. Co ciekawe, obaj pochodzili z matki Żydówki i ojca Ukraińca, dawno już nieżyjącego. Po drugie, Ukraińcy bynajmniej nie mieli gorszego wykształcenia, tylko nie byli w okresie międzywojennym dopuszczani do stanowisk, w tym także w Uniwersytecie Jana Kazimierza.

Ukraińska inteligencja, która została w mieście, poparła w większości nową władzę, ciesząc się z odgórnej ukrainizacji lwowskich instytucji.
Nie można mówić o większości. Trzeba pamiętać, że część ukraińskiej inteligencji została natychmiast aresztowana przez NKWD, część ratowała się ucieczką do Generalnej Guberni. Tylko część spośród tych, którzy pozostali, aktywnie uczestniczyła w tworzeniu nowej rzeczywistości, obejmując posady. Zresztą po kilku miesiącach to się zmieniło, świeżo przyjętych Ukraińców zaczęto usuwać ze stanowisk. Przykładowo, Myrona Zaryckiego, którego późną jesienią 1939 roku mianowano dziekanem Wydziału Matematycznego, już na początku 1940 roku zastąpił Stefan Banach. Gdyby ten człowiek kierował się chęcią rewanżu za przedwojenne krzywdy lub tylko zwykłą zawiścią, to byłyby z tego same kłopoty. Tymczasem Banach z Zaryckim razem przyjmowali na wydział maksymalnie dużo warszawskich uciekinierów, zarówno profesorów, doktorów, jak i studentów, starając się zalegalizować ich pobyt we Lwowie i uchronić przed deportacją na Wschód. Na pozostałych wydziałach uniwersytetu, mimo że w niektórych piastowali funkcję Polacy, tego nie udało się dokonać. Jeśli chodzi o ukrainizację, to odgórny nakaz prowadzenia wykładów w języku ukraińskim nie był przestrzegany. W języku polskim cały czas prowadzono trzy czwarte wykładów. Formalnie z tym walczono, praktycznie jednak do czerwca 1941 roku w Uniwersytecie Lwowskim dawna profesura z nielicznymi wyjątkami prowadziła zajęcia po polsku.

Być może także dlatego z entuzjazmem Ukraińcy przyjęli wejście Niemców do Lwowa na przełomie czerwca i lipca 1941? Radość ukraińskiej ludności na widok hitlerowskich oddziałów pokazują nie tylko zdjęcia, pisze o niej większość polskich i żydowskich autorów wspomnień.
Tłumy wiwatujące na ulicach Lwowa na cześć wojsk niemieckich nie składały się wyłącznie z Ukraińców. Mamy na to świadectwa, ale w późniejszej literaturze pisze się już jedynie o ukraińskiej radości. Tymczasem również polscy mieszkańcy Lwowa, zwłaszcza ci mniej wykształceni cieszyli się na widok Niemców nie mniej niż ukraińscy. Wspominają o tym autorzy dzienników, między innymi socjolog Stanisław Ossowski.

Trudno mi sobie to wyobrazić, biorąc pod uwagę ówczesną pozycję Ukraińców, których Niemcy faworyzowali względem Polaków, nie mówiąc o Żydach, skazanych w pierwszej kolejności na zagładę. Sama Pani pisze, że niektórzy Ukraińcy zachowali wysoką pozycję podczas niemieckiej okupacji Lwowa. Prof. Jurij Polanski, mianowany przez Sowietów na szefa Instytutu Geografii, po wejściu Niemców został nawet burmistrzem.
Powszechna radość przeważała jedynie na przełomie czerwca i lipca. Dominowało przekonanie, że „lepszy sam diabeł niż Sowieci”. W końcu lipca radość ustąpiła miejsca przerażeniu. Co do personaliów. Tak, piszę o tym, że Polanski był zarządcą administracyjnym miasta. Piszę także, że trwało to zaledwie trzy tygodnie, potem z polskim kolegą kierował Muzeum Przyrodniczym. Korzystając z tego stanowiska, próbował ocalić kolegę, kolekcjonera sztuki żydowskiej, Maksymiliana Goldsteina. To jedna z lepiej udokumentowanych historii. Niestety, nie zakończona ocaleniem, ale winy Polanskiego w tym nie było.

Ideologia nacjonalistyczna miała jednak poparcie wśród lwowskich Ukraińców. Nie przypadkiem właśnie tutaj na początku lipca 1941 banderowskie skrzydło Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów ogłosiło powstanie państwa ukraińskiego i powołało rząd Stećki.
Nie zgadzam się z taką opinią. Akces do rządu Stećki zgłosiło niewiele osób z ukraińskiej inteligencji. Starsze pokolenie było impregnowane na nacjonalistyczną ideologię. Młodsze przyjmowało ją, co było jednak charakterystyczne nie tylko dla Ukraińców, by przypomnieć o Falandze, ONR i podobnych polskich formacjach. Radykalizacja młodszego pokolenia ukraińskiej społeczności ma miejsce w drugiej połowie lat 30., m.in. z powodu polityki polskich władz, które nie traktowały równoprawnie mniejszości ukraińskiej. Młodzi działacze nacjonalistyczni byli przede wszystkim pod wpływem włoskiego faszyzmu, a nie antysemickiej ideologii hitlerowskich Niemiec.

Po wkroczeniu oddziałów niemieckich i ukraińskich doszło jednak do masowych pogromów Żydów we Lwowie oraz zamordowania kilkudziesięciu polskich profesorów, w tym Kazimierza Bartla, byłego premiera. Listę proskrypcyjną mieli przygotować ukraińscy nacjonaliści.
Profesorów rozstrzelali Niemcy. Nie ma dowodów na udział członków OUN w tej zbrodni. Daleka jestem od wybielania tej formacji, ale nie rozumiem, dlaczego w tym przypadku podążamy tym tropem, choć mamy dość dowodów na to, że listy inteligencji dla Einsatzkommando zawczasu przygotowywali agenci niemieccy. Tak było w 1939 roku w Wielkopolsce, tak było w Warszawie, tak było też w Krakowie. Prawdopodobnie tak było też we Lwowie w 1941 roku. Dwa pogromy Żydów we Lwowie z poduszczenia nowego okupanta miały miejsce na początku i pod koniec lipca 1941 r. Do tej pory nie wiemy, ile dokładnie zginęło ludzi.

Mówi się o kilku tysiącach.
Powszechnie przeważa opinia, że Żydów mordowali Ukraińcy. Nie polemizuję z tym, ale twierdzę, że statystycznie coś mi się nie zgadza. Jeśli ludność ukraińska Lwowa w tym czasie stanowiła 16 procent, to trudno sobie wyobrazić, że sama zorganizowała krwawą masakrę w mieście zdominowanym przez Polaków i Żydów.

Są zdjęcia z tych wydarzeń, na których widać Ukraińców maltretujących żydowskie kobiety na ulicach. Nie brak też wspomnień Żydów, którym udało się przeżyć, w tym rabina Dawida Kahane.
Rabin Kahane pisze o aryjskim tłumie, a nie o Ukraińcach. Pisze o ukraińskich policjantach, znęcających się nad Żydami spędzonymi na podwórza więzień, w których odkryto ciała ofiar masowych mordów NKWD. Nie ma wątpliwości, że ukraińscy policjanci dokonali zbrodni. Nie oni jednak byli inicjatorami pogromu, lecz niemieccy okupanci. W tłumie gapiów przeważali mieszkańcy Lwowa. Kto i w jakiej liczbie wziął udział w znęcaniu się nad żydowskimi mieszkańcami Lwowa? Mało wiemy na ten temat. Brakuje podstawowych dokumentów. Po wojnie nie wszczęto odrębnego dochodzenia w tej sprawie. Powojenne władze sowieckie aresztowały wielu członków OUN, ale nie pod tym zarzutem. Nikt nie został skazany za udział w pogromach ani za udział w mordzie popełnionym na Żydach na terenie więzień. Brakuje nawet tak ułomnych ustaleń, jak z procesu w sprawie pogromu Żydów w Jedwabnem, który toczył się po wojnie w Polsce.

Mamy za to przykłady takich osób, jak Pani babcia, Eufrozyna Lewkowska czy ukraińska malarka Jarosława Muzyka, które mimo zagrożenia pomagały żydowskim znajomym, a wcześniej dystansowały się od sowieckiej władzy. Dużo było takich osób we Lwowie?
Tak, mamy takie przykłady, im częściowo poświęcona jest moja książka. Są one jednak zbyt mało znane. W efekcie przeważa przekonanie, że Lwów był miastem, w którym Żydzi mieli minimalne szanse na przetrwanie, a główne zagrożenie dla nich stanowili Ukraińcy. Niewątpliwie polityka „dziel i rządź” obydwu okupantów, próby wygrywania przeciw sobie różnych grup narodowościowych odniosła skutek. Wskutek tego w trakcie okupacji sowieckiej umocnił się przedwojenny antysemityzm części środowisk, nie tylko wśród sympatyków i członków OUN. Mimo wszystko jednak, solidarność inteligencji lwowskiej istniała, rodziły się przyjaźnie między ludźmi niegdyś od siebie dalekimi. Żeby jednak ratować konkretną osobę, trzeba było pokonać wielki strach, pogodzić się z tym, że narażamy siebie i bliskich na śmierć. Nie wiem, jak zachowałabym się w tamtej sytuacji. Każdy, zanim zacznie osądzać innych, powinien zadać sobie takie pytanie.

Niezwykłą puentą Pani książki są dla mnie losy Henryka Warsa, autora piosenki „Tylko we Lwowie”. Po zajęciu Polski przez Niemcy przedostał się, jak część polskich artystów żydowskiego pochodzenia, do Lwowa. Pod sowiecką władzą założył m.in. z aktorem Eugeniuszem Bodo zespół Tea Jazz, który zrobił karierę w Związku Radzieckim, wykonując po rosyjsku ten sam przebój. W 1940 roku Wars skomponował także muzykę do propagandowego filmu „Mieczta”, pokazującego rzekomo spełnione marzenie uciemiężonego ludu kapitalistycznej Polski o ojczyźnie proletariatu. Kiedy trzy lata później ten obraz trafił do sowieckich kin, kompozytor był już na Bliskim Wschodzie, dokąd dotarł z polską armią.
Opowieść o muzykach estradowych nie jest pointą, raczej lżejszym przerywnikiem w mojej opowieści o losach lwowskiej inteligencji. Henryk Wars tworzył muzykę, której ludzie słuchali i na moment zapominali o dramatycznej rzeczywistości. Chciał przeżyć jak każdy człowiek, a w sytuacji zagrożenia dwoma totalitaryzmami to było bardzo trudne. Strategia przetrwania bywała różna i przynosiła różne skutki. Czasami jedna i ta sama osoba robiła najpierw karierę pod sowiecką władzą, aby potem, jak Eugeniusz Bodo, zginąć w łagrze. We wspomnianym filmie „Wielka droga” wystąpiła m.in. Irena Jarosewycz (pod pseudonimem Renata Bogdańska), która w zespole Tea Jazz śpiewała po rosyjsku przebój „Na pierwszy znak, gdy serce drgnie”. Wywodziła się ona z ukraińskiej rodziny. Pod koniec wojny nawiązała romans z generałem Andersem, którego potem poślubiła i wybrała polskość. O ukraińskich korzeniach publicznie nie mówiła, ale się od nich nie odcinała.

ekstramagazyn.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2016 Polska Press Sp. z o.o.

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.